Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   72
                                 

Patryk "Yisrael" Stanik


Kino islandzkie jest zupełnie nieznane, zupełnie jak ten kraj, który wydał na świat Bjork. A szkoda.



Noi


Nie da się pisać o filmie islandzkim nie pisząc o 101 Reykyavik, filmie absolutnie fantastycznym, a zarazem bardzo zwyczajnym. Większość ludzi nie zastanawiało się nigdy za bardzo nad życiem w Islandii, małej wysepce borykającej się z wieloma problemami. 101 Reykyavik to numer kodu pocztowego miejsca zamieszkania narratora tego filmu, który stara się nam pokazać swoje problemy na tle życia w stolicy tego kraju. Tym razem dostajemy film opowiadający o życiu na islandziej prowincji - i jak bardzo wydaje się podobna historia przedstawiona w fimie "Noi Albinoi" do wielu, jakie mogyłby się zdarzyć w Polsce. Mamy bowiem nastolatka, ponadprzeciętnie inteligentnego Noi, którego ojciec jest alkoholikiem, który wychowuje się z otępiałą babką, a który ma ambicje większe niż kopanie grobów na miasteczkowym cmentarzu.

Nie jest to historia, która byłaby nadzwyczajna - przeciwnie, jest to najnormalniejsza w świecie historia o szansach, jakich pozbawieni są młodzi ludzie. Ten film opowiada historię bardzo ludzką, bardzo realną - w tle wplecione fantastyczne krajobrazy Islandii, które jednak dzień po dniu przestają się zdawać magiczne czy egzotyczne. Góra, która nam jawi się jako śliczny twór natury, dla nastoletniego Noi zdaje się być murem, nieprzekraczalną bramą, która trzyma go w trzewiach nudnego miasteczka. Ta góra zresztą gra swoją rolę w filmie i bardzo gmatwa scenariusz.

Babka i ojciec


Film, który jest debiutem Dagura Kari, toczy się dość powolnym tempem - tempo to narzucone jest niejako przez spokojną, nudną, beznadziejnie zwyczajną mieścinę. Noi (świetna rola Tomasa Lemarquisa) nie zdaje się być typem człowieka, który chce zmienić świat - jemu nie przeszkadza to, że nie jest sławny czy bogaty - raczej mierzi go fakt po prostu bycia, wegetowania w mieście, gdzie śnieg ściele się gęsto i często. Zdaje się, że takie samo życie, prowadzone jednak pośród fal, niewiele by zmieniło - ale on nie chce uciec od mrozów. Może ucieka przed rodziną, może ucieka przed miasteczkiem, gdzie nawet nie potrafi okraść banku (wszyscy się znają i uważają to za dowcip, szef banku wyrzuca go i mówi, żeby nie robić sobie żartów), może szuka miłości - która ostatecznie okazuje się należeć już do miasteczka.
Może nie podoba mu się fakt, że nikt nie chce walczyć z tą wegetacją, z tym byciem, po prostu i zwyczajnie - on jest buntownikiem, którego zagłuszają nie ze strachu, a raczej z rutyny. Co więcej - widz jest ustawiony z boku Noi, widzimy jego życie, zdaje się nam beznadziejnie monotonne, jednak gdy tylko spojrzymy w lustro sami widzimy w sobie raczej Iris, zbyt mało odważną by zmienić diametralnie życie. Widzimy w sobie Davida, który marnuje życie na nauce - okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Noi nie jest hedonistą, daleko mu do tego - tę historię możnaby przenieść do setek popegeerowskich polskich wsi.

Na mapie Islandia nie świeci...


W czym więc tkwi siła filmu? On nic nie przekazuje, nie pokazuje jak żyć - pokazuje, jak już żyjemy. W formie przypomina mi trochę wspaniały film Jakimowskiego "Żmruż oczy", może trochę "Żurek". Życie wydaje się mroźne jak tło filmu, bardzo białe i zimne, może Noi stara się nam uzmysłowić, że sami siebie powinniśmy odtaić. Bo inaczej wpadniemy w rutynę, co więcej - przez tę rutynę przestaniemy czuć, myśleć, marzyć...

Iris


Film polecałbym każdemu, bo jest naprawdę dobry, a otwarta forma daje do myślenia - optymista znajdzie zakończenie optymistyczne - pesymista takie jak zawsze. Lepiej jednak myśleć optymistycznie i korzystać z okazji szybko, acz zmyślnie, by nie czekać na tak drastyczne wydarzenia, jakich świadkami jest sam Noi pod sam koniec filmu. Jego już nic nie trzymało w Islandii, a my musimy tam zostać, jedynie przenosząc palmy do przydomowych ogródków.


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   72