Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   70
                  

Rafał "Paco" Palion


Mieszkanie Watykana. Jakby powiedział prałat Jankowski: „Tam się odbywa istna rozpierducha! I kto jest za to odpowiedzialny? Judeomedia!” Ale na szczęście prałat siedzi w Gdańsku, a my jesteśmy w Katowicach! Więc… Watykan stoi przy kuchence firmy Amica (w tym miejscu puszczamy oko do sponsora). Nagle słyszy w radiu rosyjski hymn. W tym momencie spontanicznie bierze do ręki ubijak do mięsa i zaczyna z nim tańczyć i śpiewać. Car Pupin I byłby z niego dumny!!



Tymczasem nadchodzi wtorek. Po wizytacji w katowickim “Jamaica Night Club” Zygmunt i Martin wychodzą z klubu. Słońce wtłacza im swe promienia do oczu tak nachalnie, że aż powieka się zwija…

ZYGMUNT: No i jak ci się podoba? MARTIN: Jak by powiedział Watykan: wyjebiaszczy.
ZYGMUNT: No, widzisz co potrafią zrobić ciężką robotą katowickie ręce?
MARTIN: No, odlot. A czego nie ma Watykana.
ZYGMUNT: To, ty nie wiesz.
MARTIN: O czym?
ZYGMUNT: Watti ma kobietę.
MARTIN: No patrz taki religijny, a ma babkę. A jak z tobą?
ZYGMUNT: Co ze mną?
MARTIN: Masz panią?
ZYGMUNT: No, muszę ci szczerze powiedzieć ze nie ufam komuś, kto…
MARTIN: …Krwawi trzy dni i nie umiera!
ZYGMUNT: Nie o to mi chodziło, ale kuźwa, jak ty coś powiesz to moja dwunastnica dzieli się na sześć części.

Slalomem mijając psie kupki na chodniku Zygmunt i Martin w końcu dochodzą do familoku Zygmunta. Latarnia przed nim jak zwykle nie świeci! Pewnie robią kolejny przetarg na żarówki. Może tym razem wygra w końcu Bumar…

ZYGMUNT: To, jak wpadniesz do mnie, chociaż na jedną kistę piwa?
MARTIN: No, dobra ale tylko na jedną!

Wchodzą do mieszkania. Martin siada na kanapie, która pamięta jeszcze czasy Breżniewa. A tymczasem Zygmunt przynosi kiste piwa….

ZYGMUNT: Lech… Teraz jest zielony!
MARTIN: To niepojęte!

No i rozpoczyna się libacja…
Tego samego wieczoru, w katowickiej dzielnicy Szopy (dla nietutejszych - Szopienice); cztery drzewa na krzyż, które emerytki i rencistki nazywają parkiem. Watykan spaceruje ze swoja kobietą - Judeą. Obejmują się czule, nawet aż za czule… W pewnym momencie siadają na skraju ławki, gdyż większą jej część obsrały ptaki.

WATYKAN: Słuchaj muszę ci coś ważnego powiedzieć.
JUDEA: Pozwól, że ja ci najpierw coś powiem.
WATYKAN: Dobra
JUDEA: Było wspaniale i wogóle. Naprawdę nigdy i z nikim tak się nie bawiłam jak z tobą, ale…ja już jestem związana z pewnym mężczyzną. Kocham go i czuje się przy nim bezpieczna. Na pewno to zrozumiesz.
Judea całuje Watykana.
JUDEA: Było naprawdę wspaniale. Żegnaj!

Judea odchodzi. Watykan siedzi dalej na ławce. Jedynie ptasie kupki są mu wierne i zostały przy nim, na ławce. Wypatruję jedną kupkę i zaczyna do niej mówić…

WATYKAN: No to ja już sobie chyba pójdę. Co tak będę sam siedział. No, no to już chyba sobie pójdę. Do domciu …

Tymczasem w Zygmuntowym familoku libacja trwa dalej… Po kolejnym obalonym Lechu schodzą na tematy iście filozoficzne.

ZYGMUNT: A pamiętasz…tego…kuźwa jak mu się wabiło…eee…już mam. Pamiętasz Amanta
MARTIN: No facet, no pewnie. Nigdy nie zapomnę jak mu laska dała kosza. Wył chyba przez tydzień: “Chcę do Claudi, chce kuźwa do Claudi”
ZYGMUNT: Tak, do był elemencik, miał chyba z tuzin pseudolasek, nie. Która na niego spojrzała od razu jego dziewczyną zostawała.
MARTIN: Ciekawe czy chociaż z jedną zamienił zdanie.
ZYGMUNT: Co ty, Amant on tylko dużo gadał, a mało kuźwa robił.
MARTIN: No, ale spoko kumpel, a tak a’propos Claudi, to ona chyba każdemu oprócz Amanta dała dupy?
ZYGMUNT: A jak żeś myślał, każdego suka rozprawiczyła.
MARTIN: No dobra koniec wspomnień, spadam. Do piątku, będę na otwarciu.

Martin zataczając się niczym ten pieprzony alkoholik Lepper na trybunie sejmowej wychodzi.
A tymczasem za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w Sosnowcu pasy ponownie zaczynają świecić swym blaskiem. W siedzibie filii tajnego oddziału “Dresów Czteropaskowych” dresiarze odbywają trening, przed przyjazdem Dress’a IV. Nad ćwiczeniami czuwa Mikro von Dress. Jedni ćwiczą z tzw. pałami czyli z kijami basebolowymi a inni z łańcuchami. Robią to w szczególny sposób: zdejmują łańcuch, czyli tzw. kety z szyi, całują je i mówią: “Omnam des Qosibas sre Dress Qle” (w hebrajsko-aramejskim z nalotem słowiańszczyzny; znaczy: “W Imię Najwyższego Dress’a”).
Mijają dni… Aż z utęsknieniem nadchodzi piątek, tygodnia koniec i początek. Lada momencik zostanie otwarty “Jamaica Night Club”. W jego środku siedzą Zygmunt, Watykan i Martin. Prowadza biznesową konwersację.

MARTIN: Nie wiem jak wy, ale dla mnie te tłumy przed klubem to gwarancja na sukces komercyjny.
WATYKAN: A gdzie sukces artystyczny?
ZYGMUNT: Sukces artystyczny zapewnią panie na rurze!
MARTIN: Dobrze powiedziane

Martin w sposób szpanerski spogląda na swój nowy rumuński zegarek. Jest z niego szczególnie dumny, gdyż zegarek ów jest wodoodporny aż na 5 metrów!

MARTIN: No dobra za minetę otwieramy

Zygmunt podchodzi do bramkarza o biblijnym imieniu, Andrew.

ZYGMUNT: Andrew, za minetę otwieramy. Wpuszczaj tylko z kartami członkowskimi. A jeszcze jedno: z dresiarzami chyba wiesz jak masz postępować.
ANDREW: Oczywiście. Z przyjemnością

Zygmunt wraca z powrotem do Martina i Watykana.

MARTIN: Gotowe?
ZYGMUNT: Tak, zaraz wejdą klienci.
MARTIN: To dobrze.
Martin na chwilę odchodzi. Zygmunt postanawia, więc poruszyć pewien drażliwy temat…

ZYGMUNT: Watykan co ty taki dzisiaj smutny?
WATYKAN: Co? Ja smutny. Nie...
ZYGMUNT: Watykan nie rób mnie…

Nagle do klubu wchodzą pierwsi ludzie. Powoli wszyscy zasiadają przy barze oraz zajmują stoliki. Martin podchodzi do Zygmunta…

MARTIN: Zygmunt
ZYGMUNT: Ta, co?
MARTIN: Mowa na otwarcie gotowa?
ZYGMUNT: Tak, tak, jak wszyscy zasiądą zaczynam.

Powoli klub zaczyna się wypełniać. Wszyscy którzy zamówili napoje chłodzące zasiadają przy stolikach. Nieliczni zostają przy barze flirtując z seksowną i piękna barmanką. Na barmankę nagle spogląda Zygmunt, jest nią zauroczony. Martin daje znak Zygmuntowi aby ten wszedł na scenę i rozpoczął przemowę.

ZYGMUNT: Witam wszystkich przybyłych w nowym night-klubie w Katowicach. Witam wszystkich w “Jamaica Night Club”

Na sali rozlegają się oklaski, tak jak przed laty, kiedy to na posiedzeniu partyjnym przemawiał polski sprzedawczyk Edwardo Gierek.

WSZYSCY: Zygmunt, Zygmunt, Zygmunt!!!
ZYGMUNT: Proszę wszystkich o spokój. Miałem kiedyś sen. Sen o nas, o naszym klubie, o naszej chwale. Teraz z dumą mogę powiedzieć, że ten sen się spełnił. I on, on właśnie da nam siłę aby nasze wspólne dziecko którym jest ten klub rozwijało się i przynosiło nam zyski.
God bless Silesia, God bless Katowice, God bless “Jamaica Night Club”!! WSZYSCY: Zygmunt, Zygmunt, Zygmunt!!!
Zygmunt w chwale ojca-założyciela schodzi ze sceny. Czuje się teraz niczym Olek na mafijnym spotkaniu sponsorów jego żony, Joli.

ZYGMUNT: I jak?
MARTIN: No cudownie. Mówiłeś jak sam Marijan Wielki!
ZYGMUNT: To dobrze. A gdzie Watti?
MARTIN: Wyszedł chyba z pięć minet temu.
ZYGMUNT: Szkoda.
MARTIN: Szkoda, szkoda, ale nie przejmuj się nim. Podobno ma się dzisiaj pojawić w klubie dwóch inwestorów z Mozambiku.
ZYGMUNT: Nie gadaj. Kto?
MARTIN: Jakiś miliarder i jego sługa. Kristof ibn Włodek i jego sługa Pavel ibn Waldek.
ZYGMUNT: No to super, facet.
MARTIN: No. Ale na razie o tym nie myśl tylko zajmij się tą barmanką. Chyba od trzech minet non stop na ciebie spogląda.

Martin i Zygmunt wymieniają znaczące spojrzenia… I wiadomo, o co chodzi. Zygmunt poprawia swoja afro fryzurę i dystyngowanym krokiem, z odrobina luzu i nonszalancji podchodzi do promieniejącej blondynki za barem…

ZYGMUNT: Martin blanco z lodem… Wstrząśnięte, nie mieszane…
BARMANKA: Już podaję.

Po chwili na blacie pojawią ów ulubiony drink Zygmunta. Wypija łyczek, po czym spogląda barmance głęboko w oczy i rozpoczyna swój dialog…

ZYGMUNT: Słuchaj. Sorki, że ci przerywam pracę.
BARMANKA: Nie szkodzi. Śmiało. O co chodzi?
ZYGMUNT: Chodzi o to że jak na ciebie spoglądam przychodzi mi na myśl pytanie...
BARMANKA: Jakie?
ZYGMUNT: Czy bolało?
BARMANKA: Co?
ZYGMUNT: Jak spadłaś z niebios.

Barmanka uśmiecha się do Zygmunta. Po chwili wyciąga kartkę i coś na niej pisze. Daje ją Zygmuntowi i odchodzi.

KARTKA: Za 10 minut kończę. Czekaj na mnie pod “kuchennym” wejściem do klubu. Kate
Tymczasem parę ulic dalej… Watykan podąża Dworcową, aż nagle spostrzega, że ktoś za nim idzie. Przyspiesza więc kroku. Natrafia jednak przed sobą dwóch dresiarzy. To Daniel i Mirosław.

DANIEL: No proszę, proszę kogo my tu widzimy. Nie boimy się tak wieczorem samemu chodzić?
WATYKAN: Panowie o co chodzi?

Nagle postać, która szła za nim zbliża się do niego. Nie widać jednak jej twarzy. Rozlega się jedynie jej przenikliwy głos…

POSTAĆ: Zabić!
WATYKAN:Ale panowie o co chodzi? No nie wygłupiajcie się. Ja nic przecież nie zrobiłem. No a do panów i do pańskich dresów to ja nic nie mam. Nawet mi się podoba ten fason… Słowo.
POSTAĆ: Pierdolisz!
WATYKAN: Nie, nie gdzie tam. Mówię prawdę…
POSTAĆ: Pierdolisz Judee

Mirosław chwyta Watykana, a Daniel go okłada pięściami. Tajemnicza postać odchodzi. Przed tylnim wejściem do klubu stoi Zygmunt. Czeka na Kate. Chodzi przed drzwiami i pogwizduje, patrząc od czasu do czasu na zegarek. Nagle otwierają się drzwi… Bucha z nich światłość, a wraz z nią z wnętrza „Jamaica Night Club” wydostaje się urocza blondynka zmierzająca w jego stronę. Zygmunt patrzy na nią i nie może z siebie nic wydusić.

KATE: Powiedz coś.
ZYGMUNT: Pięknie wyglądasz.
KATE: To tylko gra pozorów, tak jak życie.… To gdzie idziemy?
ZYGMUNT: Może do mnie. Mieszkam parę minut stąd.
KATE: Dobra. Ale tylko na kawkę. Na nic więcej nie licz.

A w „Jamaica Night Club”… Zabawa idzie na całego. Wszyscy zajebiście się bawią! Z głośników dobiega muzyka. Nagle pojawia się Martin, który dołącza się do reszty i śpiewa.

MARTIN: …Jest impreza u Cygana my musimy tam być,
Można będzie do rana świrować i pić.
Ktoś już wezwał gliny, chyba jadą tu…

Tego samego wieczoru żyje nie tylko „Jamaica Night Club”… Również za wodą, w Sosnowcu, na dworcu kolejowym rozświetlają się latarnie, pojawiają się ludzkie głosy… Na obsranej ławce siedzą Olek, Leszek, Marek i Lew - czterech meneli z jabcokiem “Komandos”. Rozmawiają, a raczej wydobywają z siebie bełkot, przypominający program wyborczy bandytów i złodziei z SLD.

OLEK: Jak chcecie to mam wino “Komandos”.
LEW: Jak kosztowało więcej jak 4 zeta to nie pijemy.
OLEK: Kosztowało 4,6 zeta. Chceta? Jak ni to sam se golne.
MAREK: Dobra dawaj.

Marek zaczyna otwierać wino.

MAREK: Coś się gówno nie chce otworzyć.
LESZEK: Nożem go!
LEW: Szabli dajcie, kurwa szabli!
MAREK: Naa…

Nagle Marek wrzasnął wykonując cięcie podłużne nożem w kierunku pierdolonej butelki.

LESZEK: Łłłłaaa.

Leszek wyje kurewsko głośno… Okazało się, bowiem, że Marek w swoim heroicznym ataku na butelkę obciął Leszkowi prawą dłoń.

LEW: Ja pierdolę…Kurwa, Marek! Coś ty zrobił??? Na chuja nam teraz on się przyda!
LESZEK: Łłłłaaa
OLEK: Zlizujcie z podłogi! Jak się moja stara, Jola dowie to mnie zapierdoli! Przecie na tego „Komandosa” to ona mi dała z pieniędzy, które były na tą fundację, no wiesz z tej naszej pralni…

Nagle na dworzec wbiega pięciu dresiarzy-ochraniarzy w czarnych dresach i w czarnych okularach. Łapią meneli i zabierają ich z dworca. Po chwili na dworzec wchodzą dresiarze z kwiatami w nowiutkich, kurewsko oczojebnych dresach. W rękach trzymają bukiet kwiatów. Po chwili rozlega się głos i przyjeżdża pociąg.

GŁOS[przez głośnik]: Uwaga, uwaga pociąg pośpieszny z Sieradza. Uwaga, uwaga pociąg pośpieszny z Sieradza.
Z pociągu wychodzi ubrany w garnitur mężczyzna rasy białej. Ma czarne okulary. To jest Dress IV. Podchodzi wolnym krokiem z elegancją do dresiarza który wystąpił przez szereg. To jest Mirko von Dress. Podaje słudze kwiaty a sam pada do kolan Dress’a IV. Pozostali klękają. Nagle cichutko odzywa się Dress IV

DRESS IV: Wstańcie, wstańcie, proszę.

Mirko von Dress podnosi się…
MIRKO VON DRESS: Witamy w Sosnowcu!!! Światowej stolicy dresiarstwa.
WSZYSCY: Niech żyje Dress IV!!! Niech żyje Mirko von Dress!!! Niech żyją “Dresy Czteropaskowe”!!! Niech żyje Sosnowiec!!!

CDN...


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   70