Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   68
  

"Arclon"
Michał "Xtense" Stopa


Zbudziłem się. Otwieram oczy i widzę niebieski sufit mojego małego pokoju. Podnoszę się na łopatkach, co poprawia mi perspektywę - dzięki temu widzę resztę mojego pokoju - kilka szaf, biurko, komputer oraz coś, czego nie można pominąć - syf jakich mało.





Nie myśląc wiele odpalam komputer. Pojawiają się święte litery: Memory testing... 16MB, 32MB, 48MB, 64MB. Stoi chwileczkę, po czym wchodzi normalna procedura startowa. Ze stworzonego naprędce menu wybieram 3 - FreeDOS EMS CD-Rom. Czekam chwileczkę, bo sterowniki CD-Rom`u trochę długo się ładują, po czym widzę niebieski ekran. Zaśmiałem się sam do siebie - kiedy przyszedł do mnie kolega, przestraszył się, że Windows wygenerował jakiś błąd. Oto wgrał się Dos Navigator 1.51 firmy RIT Research Labs. Patrzę leniwie na owoce mojej kilkuletniej pracy - GRY, UZYTKI, MUZYKA, DOWNLOAD. Przypomniałem sobie, że ściągnąłem niedawno Tyrian`a 1.1 . Wchodzę w katalog DOWNLOAD, widzę tonę archiwów. Szukam tyrsw101.zip, po czym odpalam RAR 3.0 i rozpakowuję go do nowego folderu. Odpalam setup.exe. Ustawiam kartę muzyczną. Port 220, przerwanie 5, DMA 1, 8bitowy dźwięk, stereo... Wszystko tak, jak zawsze. Pomyślałem, że nie pogram teraz, bo muszę się przygotować do szkoły. Zapisałem ustawienia i wyłączyłem komputer. Wstałem z krzesła, po czym wyszedłem na korytarz. Widzę mojego kota, który wystawia głowę z drzwi do łazienki. Pogłaskałem go, po czym idę dalej, w stronę kuchni. Napotykam tam matkę w jej odwiecznej walce o przygotowanie sobie kawy o 7:00. "Jest coś do jedzenia?" - Spytałem, prawie retorycznie. "Jest ser." - usłyszałem w odpowiedzi. Te, tak proste słowa, dotyczące spraw żołądkowych i śniadaniowo-porannych rozbudziły wspomnienia. Ach, ileż to lat zagrywałeś się w Dune 2! Ileż to godzin spędziłeś na błogim wydawaniu rozkazów, podczas gry piksele, mające udawać żołnierzy i ich pojazdy, szły na wojnę, mordować i zabijać. "No nic" - pomyślałem, może jeszcze sobie zagram kiedyś. Przeszedłem do sprawy bardziej zasadniczej, na którą składało się przyrządzenie sobie śniadanka. Postanowiłem przygotować sobie zapiekanki według przepisu #323. Kiełbasa, na to cebula, potem ser żółty i na to przyprawa do Pizzy. Wrzuciłem do mikrofalówki na dwie minuty, po czym poszedłem w kierunku dużego pokoju. Tam zobaczyłem dosyć niecodzienny widok - było czysto. Dywan odkurzony, na stole nawet jednego kubka nie było - to jakieś święto chyba... Włączyłem telewizor i usiadłem na fotelu. Trafiłem akurat - leciały Pokemony, Złotopolscy, Luz Maria i co tam jeszcze spece od programów telewizyjnych wymyślili. Spóźniłem się na "Kawę czy Herbatę". "Właśnie! Herbata!" - wyrwało mi się. Wróciłem do kuchni. Zapiekanki już się kończyły, a że woda była zagotowana (codzienny sukces kawowy mojej matki), zrobiłem sobie herbatkę. "Pii, Pii, Pii" - słyszę nagle. Te piski wydała mikrofalówka, która obraziła się na mnie za to, że wstawiłem jej w twarz moje zapiekanki. Wyłączyłem jej zasilanie (żeby mnie przypadkiem nie ugryzła) i wyjąłem zapiekanki. "Mmm" - słyszę za plecami - "Dasz starej matce jedną, prawda?". Co miałem robić? Oddałem jedną z zapiekanek (mama prawie pisnęła z radości) i wróciłem do dużego pokoju, oglądać Pokemony. Patrzyłem, jak Ash Ketchum kolejny raz zwyciężył ze swym Pikachu nad złymi ludźmi, uratował świat itd. itd. Jedząc i pijąc strawiłem prawie pół godziny. Najwyższy czas przygotować się do szkoły. Wyszedłem do swojego pokoju, aby spakować plecak. Wracając natrafiłem na psa, który leżał pod drzwiami. Żeby go nie nadepnąć (na pewno nie byłby zadowolony z takiego obrotu sprawy), musiałem go obejść. Otwieram drzwi prowadzące na zewnątrz. Schodzę (chociaż może "zbiegam" byłoby bardziej prawidłowe) z czwartego piętra. Jak zwykle - pies sąsiada leży na klatce schodowej i obszczekuje mnie. "Kiedy ten debil zacznie dbać o tego psa!?". Wyszedłem z klatki. Przede mną rozciągnął się nie lada widok - z prawej strony Biedronka, trochę na lewo Leader Price. Tuż obok jest cmentarz, dalej garaże samochodowe, a w tle garaży jest plac zabaw i tzw. "Pola" - jedyne miejsce na moim osiedlu, gdzie jeszcze jest odrobina prawdziwej, zielonej trawy. Niestety nie dane było mi tam iść - moja droga wiedzie mnie między cmentarz, a Leader Price. W ten sposób wiem, że żyję - za Leader`em stoi stacja benzynowa, przy której codziennie ok. 8:00 jest cysterna, z której dobywa się nieziemski wprost dźwięk przelewania płynnego paliwa do zbiorników. Dźwięk potrafi tak zirytować człowieka, że aż szybciej iść zaczyna. Po trzech kilometrach drogi piechotą dochodzę do budynku szkoły. Napotykam kolegów - jeden wysoki jak dąb, a przy tym inteligentny, jak cholera.
Drugi to mały nerwus, który zawsze ma coś do powiedzenia, a trzeci to typ, którego codziennie, choć raz, jeden z nauczycieli wyzwie od debili. "Joł!" - słyszę z oddali - to nerwusik się wydziera, aby obwieścić światu moje przybycie. Teraz następuje codzienny rytuał przywitań - "Cze, cze, cze..." - mówię podając dłonie kolejno osobnikom. I tak zaczyna się codzienna bieganina - na dwór, do szatni, do szkoły, po szkole, do szatni, na dwór. Około czternastej jestem w drodze do domu. Idę koło cmentarza i patrzę na nagrobki. "Tu się kiedyś znajdziesz..." - myślę sobie. Stojąc już poza terenem Biedronki, będąc przy drzwiach klatki schodowej słyszę gdzieś z góry i z prawej: "Mka! Mkaa!". To Wojtek, głuchoniemy chłopak, któremu kiedyś pomogłem. Stara się mnie spytać, czy przypadkiem nie mam Doom`a 3, albo Tony Hawk`s Pro Skater 4. Spokojnie wyjaśniam mu, że nie, bo nie mam czasu grać w takie gry, zresztą nawet, jak bym miał, to nie miałbym na czym ich odpalić. Wchodzę do klatki - pies sąsiada ciągle leży. Teraz podnosi głowę i już rysuje mu się na mordzie nieciekawa mina. "Wuf! Wuf!" - wydziera się na całą klatkę. "Ja go chyba kiedyś ukatrupię" - moje myśli idą w kierunku sąsiada. Wchodzę powoli na czwarte piętro. Już jestem przy drzwiach, kiedy słyszę szczekanie mojego psa. "Już idę, już idę" - mówię po cichu przekręcając klucz w drzwiach. Pies skacze, szaleje, łasi się do mnie i najwyraźniej usiłuje mnie przewrócić, żeby mógł dobrać się do mojej spoconej twarzy. Głaskam go, aby się uspokoił. Zostawiam plecak w przedpokoju i wchodzę do swojego pokoju. Nic się nie zmieniło - szafa, syf, biurko, syf, komputer, syf. Włączam komputer - moim oczom ukazuje się test pamięci, menu startowe (z którego znowu wybieram pozycję trzecią - FreeDOS EMS CD-Rom) i Dos Navigator. C:\ARACHNE\A.BAT, aby zobaczyć co ciekawego dostałem dzisiaj w spamie na skrzynce pocztowej. No tak - "Penis Enlargment Pills", "Backdoor Girls in Action" itd. itd. Wszystko ląduje w koszu (o ile koszem można nazwać miejsce, z którego żaden plik nie wraca). Ooo - dostałem E-Mail od naczelnika pewnego magazynu internetowego, do którego piszę teksty. Czytam: "Musisz się sprężać z oddaniem materiałów - Deadline już jutro." No tak - pięć artykułów leży odłogiem, a dwa czekają na dokończenie. Odpalam edytor tekstowy i zaczynam kończyć wszystkie teksty. Do ok. 16:30 już skończone. Teraz tylko wysłać je pocztą. Odpalam jeszcze raz Arachne, klient pocztowy i wysyłam teksty na adres naczelnika. "Uff". No, to teraz sprawdzę, czy ktoś mi jakichś wiadomości na Gadulcu nie zostawił. Odpalam Dos Shell, C:\DOSGG\DOSGG.EXE - widzę taki napis: "DosGG build 53 v0.3". Jest dostępnych kilku kumpli, a między nimi zastępca naczelnika. "Nie powiem mu dzisiaj nic" - myślę sobie. Wyłączam DosGG i wchodzę w końcu na WWW. Wpisuję adres: ppk.sup.pl/ppk . Loguję się. Sprawdzam wszystkie tematy, do których ostatnio pisałem, po czym wyłączam przeglądarkę. "Teraz się trochę rozluźnię". C:\QV\QV.EXE i ładuję pierwszy-lepszy film z mojej podręcznej biblioteczki. Trafiłem na Shaolin Soccer. Przez półtora godziny śmiałem się z wymyślności Kung-Fu w piłce nożnej. Teraz wyłączam komputer i siadam do odrabiania lekcji. W ten sposób trawię jakieś 2 godziny. Znów włączam komputer, ale tym razem dla bardziej przyziemnych celów - pogram sobie w końcu w tego Tyriana. Odpalam tyrian.exe, widzę fajne menu, biorę New Game i na najwyższy poziom trudności. Lecę sobie małym stateczkiem, pośród chmary innych małych stateczków, które jednak nie działają fair i mnie atakują. W ten sposób tracę następne dwie godziny. Gdy wyłączam komputer, jest już 22:00. Wiem, że muszę iść spać, bo inaczej nie wstanę następnego dnia, ale jednak wstaję i idę do kuchni. Robię sobie zapiekanki wg. przepisu nr. #323, biorę do swojego pokoju, znów odpalam komputer, z niego Quick View. Ale co to? "Not enough DPMI memory!" Hmm - coś tu jest nie tak. Robię reset, wybieram konfigurację drugą - "FreeDOS EMS DPMI" i odpalam jeszcze raz - to samo! Niedobrze. Dla testu włączam MS-DOS i odpalam QV - już lepiej, ale nie chce odtwarzać dźwięku w filmach. No to już wiem o co chodzi - znowu wypadła karta muzyczna ze slotu. Otwieram obudowę, wkładam kartę i włączam standardową konfigurację. Działa. Po tym wszystkim idę spać, gdyż to mnie wyprowadziło z równowagi. Leżę tak na boku i myślę - "Co będzie jutro? Czy jutro będzie inaczej? Czy już zawsze będzie tak samo? A jeśli tak, to dlaczego?". Z tymi myślami zasypiam i budzę się następnego dnia nie pamiętając ich - jak oczyszczony. Rozpoczyna się następny dzień z życia Oldschoolowca... dobry adwokat rozwod lodz


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   68