Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   59
                            

Przemysław "Pshemozz" Zawada


Ponownie nadchodzą złote czasy dla fanów Gwiezdnych Wojen. Po pierwsze – właśnie ukazała się w Polsce długo oczekiwania Trylogia na DVD! Jak to powiedział kiedyś zacny Indianin w filmie „Hot Shots” – Najwyższy k...a czas. Recenzję Gwiezdnej Trylogii ujrzycie w następnym numerze (z powodów polityczno-społecznych nie wyrobię się w tym numerze) i mogę już teraz powiedzieć, że będzie to recenzja entuzjastyczna :) . Druga sprawa to nadchodząca wielkimi krokami trzecia część, długo wyczekiwana i mam nadzieję, że niesamowicie mroczna kontynuacja najnowszej Trylogii. Znany już jest oficjalnie tytuł, który nawiązuje do tytułu, jaki kiedyś miał otrzymać „Powrót Jedi”. „Revange of the Sith” czyli „Zemsta Sithów” już niedługo (bo przecież kilka miesięcy to naprawdę niedługo w mroku dziejów) pojawi się na naszych ekranach i monitorach choć lepiej by było, żeby na początku na samych tylko ekranach (kinowych rzecz jasna).



Tymczasem pojawienie się pierwszej Trylogii na DVD daje znakomity pretekst do porównania dwóch nośników informacji – filmu i książki. Zapewne są tacy, którzy obejrzeli od deski do deski wszystkie trzy części starej Trylogii, ale nie czytali książek, opartych właśnie na tych trzech filmach. Mowa tu o „Nowej Nadziei”, „Imperium Kontratakuje” i „Powrót Jedi”, trzech książkach, na strony których przeniesiono akcję Gwiezdnych Wojen. Porównując te książki do innych wydawnictw z zakresu SW trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości – wszystkie trzy są niezwykle cienkie i można śmiało powiedzieć, że gdyby je spiąć w całość to akurat miałyby tyle objętości co jedna część z Trylogii Thrawna. Stąd raczej słuszny wniosek, że gdyby kiedykolwiek zechciało sfilmować trzy książki Zahna to trzeba by dziewięć filmów nakręcić. Czy warto je przeczytać? Powiem, że nie warto. Powiem, że je trzeba przeczytać. Nawet po to, żeby dowiedzieć się o kilku wydarzeniach, dla których zabrakło miejsca w filmie, jak chociażby o spotkaniu Luke’a Skywalkera z przyjaciółmi w Anchorage. Tam właśnie Luke spotkał się z Biggsem, z któym potem „miał przyjemność” atakować pierwszą Gwiazdę Śmierci. To także stamtąd Luke obserwował przez makrolornetkę bitwę toczącą się na orbicie Tatooine, w filmie ta scena nie została zamieszczona i tak naprawdę nie wiadomo czemu Lucas ją wyciął, efektem tego było to, że w momencie, kiedy Rebelianci przygotowują się do ataku na pierwszą Gwiazdę Śmierci, Luke spotyka swojego przyjaciela, który nie wiadomo skąd i jak się tam wziął. Wyraźnie było widać, że brakuje tutaj doinformowania widza, kim ów Biggs był. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam książka, w której mamy wszystko ładnie i jasno opowiedziane. Warto też przeczytać Trylogię, żeby poznać to, czego często nie widzi się na ekranie, chodzi mi tutaj o różne przemyślenia i uczucia targające naszymi bohaterami. Któżby mógł się domyśleć, że Lando Calrissian, wytrawny hazardzista, modlił się, żeby nie wpaść do paszczy Sarlaca podczas odbijania Hana Solo z rąk Jabby Hutta na Morzu Wydm? Poznanie tego wszystkiego jest doskonałym uzupełnieniem filmów i pozwala często spojrzeć na wydarzenia filmowe w innym świetle.
A same książki czyta się niestety bardzo szybko, piszę niestety, bo z chęcią poczytałbym coś więcej. Aczkolwiek z drugiej strony można sobie porównać to powiedzmy to innych książek, opartych na filmach lub raczej filmach opartych na książce. Bardzo często to, co jest pokazane w filmie różni się bardzo od wersji książkowej i na odwrót. W przypadku Gwiezdnych Wojen nie ma takich różnic, za wyjątkiem tych kilku scen, nie zamieszczonych w filmie, ale które mimo wszystko były nakręcone i dzięki temu pojawiły się „w druku”. A jeśli chodzi o sam sposób pisania – nie ma się do czego przyczepić. Nie są to może arcydzieła literatury światowej, jednak złych stron nie da się znaleźć. „Nową Nadzieję” napisał sam papcio Lucas natomiast pozostałe części powierzone zostały już komu innemu (analogicznie jak z reżyserią filmów). „Imperium Kontratakuje” wyszło spod pióra Donalda F. Gluta (pechowe nazwisko jak na polskie tłumaczenie :) ) a „Powrót Jedi” wziął się od niejakiego Jamesa Kahana. I trzeba przyznać, że wszyscy trzej solidnie przyłożyli się do roboty, wiernie oddając nastrój i atmosfęrę filmów. Episode V jest mroczny jak być powinien, Epizod VI aż kipi od ilości różnych bitew, toczonych wszędzie a w szczególności w umyśle młodego Skywalkera a Epizod IV kończy się, a jakże, „Nadzieją”. Nie jest chyba łatwo dostać teraz te pozycje, jednak wytrwały fan na pewno je znajdzie, chociaż, co ja gadam, wytrwały fan już od dawna je ma :) Ale każdy inny śmiertelnik, nie dość silny Mocą aby Gwiezdną Trylogię kochać, może spokojnie po te książki sięgnąć. Wysiłku niewiele a radości dużo. I niech Moc będzie z każdym, kto będzie tych książeczek szukał. I nie próbujcie ich znaleźć, albowiem, jak powiedział to pewien stary Mistrz Jedi: „Nie próbuj. Prób nie ma. Zrób to albo nie rób tego wcale.”



  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   59