Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   37
                                

Krzychu "Voo" Wszołek

PRODUCENT: Silver Wish Games    DYSTRYBUTOR: Gathering    GATUNEK: lotnicza   WWW: www.gathering.com/wingsofwar


Czego można spodziewać się po tytule, który na rynku pojawił się bez najmniejszej promocji, na dodatek zrealizowany jest przez niedoświadczonego developera i od razu sprzedawany w tzw. "budget price", czyli za połowę ceny przeciętnej nowości? Wiadomo - niczego nadzwyczajnego. Warto tracić czas? Zazwyczaj nie. Wy to wiecie i ja też to wiem. Niestety, przez mój głupi sentyment zapomniałem ostatnio o tych prawidłach.



Sentyment do dwupłatowców z I wojny światowej mam od czasu zabawy pecetową grą FLYING CORPS, czyli od lat chyba już pięciu lub więcej. Była prosta graficznie, a jednocześnie realistyczna i niesamowicie grywalna. Zresztą I wojna światowa i dwupłaty to wymarzony temat dla "niedzielnych" pilotów - lata się powoli, zegarów kokpicie raptem kilka. Nawet realistyczne symulacje nie stanowią jakiegoś wielkiego wyzwania. Ot, zabawa w sam raz dla kogoś kto umie odróżnić Su-27 od Boeniga 747 i nic więcej. Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że na Xboxa i pecety ukazała się gra poświęcona właśnie tej tematyce natychmiast postanowiłem ją wypróbować. Liczyłem na przeżycia podobne jak przy FLYING CORPS. Naiwny jestem.

(kliknij aby powiększyć)
Cholerne TIRy. Zawsze się pchają.


Już w kilka chwil po uruchomieniu WINGS OF WAR zrozumiałem, że faktycznie będzie mi ona przypominać hit sprzed lat. Niestety za sprawą swojej przedpotopowej grafiki (uprzedzam, że screeny są ostro podrasowane). Całość prezentuje poziom graficzny przeciętnego symulatora z końca lat 90-tych - tekturowe budynki z namalowanymi oknami, pudełeczka z kołami udające samochody, konstrukcje o nieokreślonym kształcie, które czasami są działem przeciwlotniczym a czasem czymś zupełnie innym. Druga sprawa to realizm, a raczej jego kompletny brak. Producenci nie ukrywali, że to arcade jednak aż takiego odejścia od realizmu nie oczekiwałem. Fizyka w tej grze nie istnieje, nawet w stanie szczątkowym.

Ale kopci. Chyba leci na opałowym.


Samoloty reagują co prawda dość ociężale, ale np. pionowy lot w górę aż do maksymalnego pułapu lub odbijanie się od koron drzew nie stanowią dla nich problemu. W grze występuje ponad 20 maszyn, w tym te najsłynniejsze: Camel, Spad, Fokker DR.I, Albatros D.III i inne. Poza tym pojawiają się oczywiście sterowce i balony obserwacyjne. Każda z maszyn opisana jest przez kilka parametrów, co nieszczególnie przekłada się na frajdę podczas samej gry. Pojedynki powietrzne są króciutkie i chaotyczne, nie ma rozpaczliwych manewrów ani uporczywej walki kołowej. Zresztą wrogów zestrzeliwujemy w takim tempie i w takiej ilości, że Manfred von Richthofen to przy nas „cienki bolek”. Wracając do spraw technicznych - animacja potrafi, o zgrozo, momentami nieźle szarpnąć. O dźwięku i muzyce można powiedzieć tylko tyle, że jest i że, w przeciwieństwie do grafiki nie straszy.
Pora na tryby gry. Pierwszym jest składająca się z treningu i 12 misji Kampania. Każdą z misji rozpoczyna odprawa, czyli smętne odczytanie przez narratora zadań jakie musimy wykonać. Zapomnijcie jednak o długich patrolach, wypatrywaniu przeciwnika i atakach z zaskoczenia. Misje podzielone są na krótkie etapy, zaraz po oderwaniu się od ziemi widzimy na ekranie pierwsze polecenia np. "zniszcz samoloty przeciwnika". Rozglądamy się szybko i faktycznie widzimy nadlatującą nieprzyjacielską eskadrę. Nie przejmujemy się przewagą liczebną, tylko szybko posyłamy wszystkich do piachu.
Wtedy wyświetla się następny komunikat, informujący np. o konieczności zbombardowania stanowisk artylerii. Nadlatujemy, przełączamy widok na celownik bombowy i zrzucamy ładunek. Trafiliśmy? No to następny etap a potem następny i tak nawet kilkanaście razy aż do zakończenia misji. Oprócz zestrzeliwania i bombardowania zdarzają się takie atrakcje jak np. obsługa karabinu maszynowego na stanowisku obserwatora (samolot leci wówczas "po szynach"), karabinów przeciwlotniczych, niszczenie pociągów i kolumn samochodów, zestrzeliwanie balonów obserwacyjnych, konwojowanie bombowców, robienie zdjęć etc. Czasami na zaliczenie zadania mamy ograniczony czas.
Halo! Odpadło coś panu!


Ponieważ w powietrzu non-stop pałęta się mnóstwo maszyn przeciwnika, wszystko sprowadza się do schematu "rozwal to co w powietrzu a potem rób swoje". Nasze poczynania są punktowane, a za zestrzeliwanie bonusów otrzymujemy upgrade dla naszej maszyny. Na początku może to wszystko nawet kręcić, tempo jest zawrotne, karabiny nie milkną nawet na moment (chyba, że w menu wybierzemy opcję, że maja się przegrzewać) i zapomina się nawet o graficznej biedzie. Jednak po dwóch-trzech godzinach zabawy pojawia się znużenie, zwłaszcza, że twórcy gry nie postarali się ułożyć tego wszystkiego w jakąś sensowną fabułę. Zamiast prawdziwej kampanii otrzymujemy tak naprawdę zlepek misji będących zlepkiem kolejnych zadań.

Hehe, przywalę mu z dołu.


Drugi tryb zabawy to "Instant Action", czyli powietrzne pojedynki z botami. Określamy ilość przeciwników (max 10), pogodę, czas walki i jej miejsce, wybieramy samolot (kolejne maszyny odblokowują się wraz z postępami w kampanii) i ruszamy do boju. Niestety ten tryb zabawy to już kompletnie nieporozumienie. W powietrzu jest ciasno, wszyscy strzelają do wszystkich. Gdy jednemu botowi uciekamy spod ognia to włazimy w celownik innemu. Kogoś zestrzeliwujemy a sami za chwilę obrywamy. Gdy staramy się nie obrywać to nie mamy czasu na polowanie. Wiem, że o to w sumie chodzi w tego typu zabawie ale tutaj nad wszystkim dominuje chaos. Taktyka, umiejętności a nawet zwykły refleks nie odgrywają większej roli. Ponieważ samoloty, oprócz karabinów, uzbrojone są także w rakiety (tak, tak – rakiety!), a ich użycie znacznie ułatwia zaliczenie fraga to po wyczerpaniu ich zapasu najlepiej szybko dać się zestrzelić. Po respawnie wracamy bowiem do gry z kompletem uzbrojenia.
Gra w wersji konsolowej nie posiada żadnego trybu dla więcej niż jednego gracza. Nie ma ani opcji online, ani gry na zlinkowanych konsolach ani nawet zwykłego split screena. Szkoda, bo taka arkadowa strzelana o maksymalnie uproszczonym sterowaniu może sprawdziłaby się chociaż w zabawie z kumplami.
WINGS OF WAR to gra, której przed kompletnym zlekceważeniem ze strony graczy nie uratuje nawet niska cena. Nie jest ona co prawda kompletnym crapem, chwilę można się nią pobawić. Nie wiem jednak kto miałby ochotę zaliczyć ją od początku do końca. Odpuście sobie ten tytuł, nawet jeśli uwielbiacie stare samoloty i czasami marzycie o skórzanej pilotce, goglach i rozwianym białym szalu. Szkoda na nią czasu.



5 lat temu uznałbym ją za przeciętną. Dzisiaj to III liga.


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   37