Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   22
                 

Krzysztof "Genosha" Kozak

PRODUCENT: Independent Arts    DYSTRYBUTOR: CD Projekt   GATUNEK: RTS   WWW: www.against-rome.com


RTS sam w sobie jest gatunkiem genialnym. Połączenie strategii i zręcznościówki przyciąga do niego licznych fanów obu tych gatunków. Opiera się na prostym pomyśle – zbieranie surowców, budowa bazy i wojska. Nie daje to jednak wielkiego pola manewru. Dlatego powstaje pełno tytułów, które są nieudolnymi kalkami wielkich hitów, takich jak DUNE 2, COMMAND & CONQUER, WARCRAFT czy STARCRAFT.



AGAINST ROME – trzeba to zaznaczyć już na wstępie – nie wnosi nic nowego do gatunku. Doświadczeni gracze już wielokrotnie zetknęli się ze wszystkim co oferuje produkt Independent Arts. Jedyną rzeczą, która – powiedzmy – zaskoczyła mnie, było położenie dużego nacisku na rolę dowódcy i jego wpływ na morale wojaków. Kto zgadnie gdzie po raz pierwszy zastosowano takie rozwiązanie? Gratulacje dla tych, którzy przypomnieli sobie opisywany już dawno temu na łamach SS-NG i Klubu Konesera CENTURIO: DEFENDER OF ROME.

(kliknij aby powiększyć)
Chaos na planszy mocno psuje zabawę


Akcja gry ma miejsce w okolicach III wieku .p.n.e. Kto uważał na historii wie, że był to okres intensywnych walk Rzymian z plemionami barbarzyńców, walk najczęściej dla legionów zwycięskich. W AGAINST ROME, jak sama nazwa wskazuje, staniemy po stronie naszych brodatych pobratymców i stawimy czoła największej europejskiej cywilizacji owego okresu.
Jak to w RTS’ie - po pobieżnym przejrzeniu instrukcji, machinalnym odpaleniu tutoriala i zmianie ustawień audowizualnych na najbardziej nam odpowiadające [czy tylko ja w ¾ gier zmieniam barwy na jaśniejsze?] zabrałem się za dowodzenie i podbijanie świata. Wpierw musiałem wywalczyć posłuch wśród innych plemion – było to zadanie proste i bezstresowe. Problemy zaczęły się, gdy po raz pierwszy stanąłem naprzeciwko uzbrojonych w pilum i gladiusy [łacina się kłania]. Moi dzielni wojacy zostali... szukam właściwego słowa... wdeptani w ziemię. Było ich zbyt mało, byli za słabi, a dowódca okazał się dyletantem [słownik wyrazów trudnych SS-NG wyjaśnia: był to frajer bez żadnej wiedzy o bitwie]. Morale szybko spadło im do żenującego poziomu i uciekli gdzie diabeł mówi dobranoc. Tyczy się to tylko tych nielicznych, którzy przeżyli. Więc rada na przyszłość: zanim staniemy naprzeciw legionów rzymskich zaaplikujmy swoim wojskom dawkę solidnego treningu.

Wartki strumyczek wkrótce spłynie krwią... tylko czyją?


Rzymianami możemy kierować tylko w przypadku wybrania [w wolnym tłumaczeniu] Bitwy Historycznej. Większość czasu spędzimy natomiast z pewnością podczas kampanii mających na celu splądrowanie i spalenie rzymskich umocnień – tu nie mamy już wyboru, wchodzimy w skórę nieokrzesanych wojowników plemiennych. Dowodzenie nimi zależy od tego, jak dobrym dowódcą dysponujemy. Dokładnie jak w przypadku CENTURIO: DEFENDER OF ROME bezpośrednio wpływa on na wynik walki. Jest on najważniejszą postacią na planszy – to dzięki niemu następuje postęp cywilizacyjny [zdobyte przez nich punkty chwały dają nam dostęp do nowych budowli]. A skoro już przy nich jesteśmy, to muszę odrobinę pomarudzić – są one nieciekawe i raczej brzydkie, do tego surowce pozyskujemy z... namiotów, które tajemniczym sposobem są bogatym ich źródłem. Ta część gry wygląda jak AGE OF EMPIRES czy THE SETTLERS – tragarze noszą surowce od budynku do budynku, podczas gdy z nich co jakiś czas wyskakuje jakiś nowy wojak.
Kompletowanie oddziałów trwa przeraźliwie wolno. Do tego, gdy już uzbieramy nieco większą ekipę, występują poważne problemy – ciężko jest nad wszystkimi zapanować, pomniejsze oddziały zlewają się ze sobą, tracąc przez to znaczną część wartości bojowej – i nie sądzę żeby był to celowy zabieg mający na celu ukazanie dezorganizacji barabrzyńskiego wojska.

Barbarzyńcy w mieście rzymskim nie wykazują się savoir-vivre


Do historycznego charakteru gry wybitnie nie pasują mi kapłani – przywołujący zjawiska nadnaturalne, sfory zwierzaków czy produkujących trujące opary [nie wnikajmy jak]. Taki „warcraftowy” element pasuje do AGAINST ROME jak pięść do nosa. Irytuje mnie także ograniczenie terenu, na jakim możemy budować swoją bazę. To nie THEME HOSPITAL, żeby uważnie planować rozmieszczenie każdego namiotu!
Wypadałoby napisać parę zdań o grafice i muzyce. Proszę bardzo, zdanie pierwsze: zarówno oprawa wizualna jak i graficzna stoją na niskim jak na 2004 rok poziomie. Zdanie drugie: dominują kolory pastelowe, odcienie brązu i szarości. Zdanie trzecie: muzyka jest tak nijaka, że w ogóle nie zwróciłem na nią uwagi - wniosek: przynajmniej nie irytuje, co się zdarza w niektórych tytułach. Odbębniłem więc żelazny punkt każdej recenzji pt. „grafika i muzyka”. Aha, byłbym zapomniał: menu jak na tak średnią produkcję jest wyjątkowo ładne i czytelne. Szkoda, że później jest już tylko gorzej.

Wybór plemienia – na celowniku Celtowie


Jednym z niewielu jasnych punktów jest multiplayer. Co prawda grałem tylko przez LAN, ale bawiłem się nieźle przez jakieś 45 minut, co jak na czterdziestego RTS’a testowanego na tym komputerze jest nawet niezłym wynikiem. Ogólnie jednak gra nie zasługuje na uwagę, chociaż pomysł jednoczenia ze sobą obcych plemion – Teutonów, Hunów i Celtów jest ciekawy. Grze zabrakło czegoś, co na dłużej przykuwa do monitora. Ot, kolejny nudnawy RTS. Tylko dla fanów gatunku. Reszta niech zostanie przy WARCRAFCIE III. Sześćdziesiąt złotych można przeznaczyć na ciekawszą rozrywkę.

min.: Mi odpaliło nawet na Celeronie 333MHz...

zal.: P800MHz, 128 MB RAM, 1,4gb miejsca na dysku
Nihil novi. Ewentualnie jako czekadełko przed ROME: TOTAL WAR.


  Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona   22